Zwykłe ble ble ble

Wyginiemy

Wyczytałam wiele dobrych rad odnośnie tego, o czym powinien być pierwszy wpis, jak znaleźć swoją „niszę”, jak pisać… I tak myślałam, i przerabiałam tematy w głowie, i tak mi buzowało pod czaszką: a to o chęci pisania dla pisania, a to o tym, o czym ten blog NIE będzie, a to coś może o podróżowaniu albo o jedzeniu – bo przecież o tym każdy może pisać. Jak to jednak zwykle bywa, życie zawsze układa inne scenariusze. Przychodzi bowiem moment, że coś człowieka nagle poruszy i skłoni do refleksji.

Tym razem tak na mnie zadziałał spot WWF z udziałem pana Marcina Dorocińskiego (skądinąd jednego z moich ulubionych ludzi, który mnie przekonuje nie tylko jakością wykonywanej przez siebie Sztuki Aktorskiej ale także jakością postawy życiowej), w którym to aktor demoluje swój dom by uświadomić nam, że to właśnie robimy z naszym wspólnym domem – Planetą. I że jesteśmy naprawdę na ostatniej prostej do tego, byśmy sami siebie wysadzili w powietrze. Mocna kampania i mocny przekaz – wydawałoby się, że nic bardziej oczywistego nie może nam dać w twarz byśmy się ocknęli i uderzyli w pierś, a przede wszystkim jednak przystąpili do działania – każdy w swoim malutkim światku, może i małymi kroczkami, ale zaczęli coś ROBIĆ.

I taka to rozentuzjazmowana zaczęłam czytać komentarze pod spotem WWFu… i ręce mi opadły. Oczywiście korzystając na co dzień z internetu spotykałam się z przejawami ludzkiej głupoty i emanacją agresji często, choć nigdy się z nią nie oswoiłam, ale tym razem uderzyło mnie coś innego. To, że w każdym przypadku jedni są „za” a drudzy „przeciw”, to tzw. oczywista oczywistość. Ale nasze społeczeństwo jest już tak podzielone i tak niezdolne do zauważania racji innych, że nawet w ramach – wydawałoby się – „jednej opcji” ludzie skaczą sobie do oczu. Nie potrafią dostrzec całości, meritum, zjednoczyć się pod jednym przekazem: niszcząc nasz własny dom niszczymy naszą ostoję, nasze miejsce do życia, pozbawiamy sami siebie warunków do przetrwania – przecież to my będziemy mieszkać w tym syfie, w tych ruinach, w tych zgliszczach, to nam się w końcu zawali dach na łeb.

Zamiast tego jeden się czuje urażony, że aktor go oszukał i nabrał że mu dom zniszczyli i że to artystyczna przesada; drugi narzeka, że niby taka akcja pro-eko a tu zniszczyli meble i nowe śmieci stworzyli i kto to posegreguje; trzeci – że GMO powinni się zająć zamiast „strategicznie milczeć”… I niby jak się tak pochylić to widać, że każda z tych osób chyba (?) jednak o to dobro planety się martwi, ale nawet w tym się zjednoczyć nie potrafimy i skupiamy na nieistotnych szczegółach zamiast dostrzec istotną całość.

Refleksja ta pogłębia jedynie moje przekonanie, które od dawna we mnie rośnie i właściwie nie jest już „przekonaniem” a twardą pewnością: wyginiemy. Na własne życzenie, na skutek własnych działań (lub ich braku), w konsekwencji własnej niefrasobliwości i nieumiejętności stanięcia twarzą w twarz z prawdą. Planeta nas z siebie strząśnie trzęsieniami ziemi, zwieje coraz częstszymi na skutek zmian klimatu huraganami, spali ogniem płonących lasów, utopi oceanami i rzekami pełnymi chemikaliów i plastiku, zadusi smogiem. I dopiero wtedy, gdy wybije nas prawie co do sztuki i gdy zostaną jedynie rozsiane rzadko po Ziemi plemiona, które naturę rozumieją i szanują i traktują właśnie jak swój dom, Planeta będzie mogła odetchnąć i zacząć odradzać się na nowo.

Oczywiście i ja nie jestem bez winy. Skłamałabym twierdząc, że nie jem produkowanego masowo mięsa, że nie zdarza mi się kupować napojów w plastikowych opakowaniach, że nie używam detergentów i że nigdy żadnej papryki czy ziemniaka nie zapakowałam w foliowy worek. Mogłabym się nawet pokusić o przewrotne stwierdzenie, że co mnie to wszystko obchodzi, nie mam dzieci, nic po mnie nie zostanie, mogę mieć gdzieś losy Planety i Świata bo jest wielce prawdopodobne, że zmiany klimatyczne, które doprowadzą do nieodwracalnego zniszczenia naszego domu, nie zadzieją się za mojego życia – chociaż zważywszy na ich tempo, zaczynam nabierać co do tego wątpliwości.

Jak większość ludzi lubię o sobie myśleć lepiej, niż by to wynikało z suchego bilansu moich życiowych „dokonań”. Dlatego uważam, że przekonanie „po nas choćby potop” nie jest moją dewizą i staram się powoli czynić małe kroczki w celu bardziej świadomego funkcjonowania w swoim otoczeniu. Bo lepiej baterie wyrzucić do przeznaczonego do tego pojemnika niż pieprznąć do ogólnego kosza. Nie usprawiedliwiać się przed sobą, że „oni i tak to wszystko zbierają do jednej śmieciarki”. Może kiedyś wreszcie przestaną i ten wypracowany przeze mnie nawyk zaprocentuje. Na owoce i jarzyny zakupiłam fajne ekologiczne worki i czerpie satysfakcję ze zdziwionych spojrzeń pań przy kasie – to jedyna „moda” jaką uważam za przydatną. Do ulubionego Aperolu już nie będę stosować plastikowych słomek, właśnie zakupiłam słomki ze stali nierdzewnej i przy najbliższej okazji „sprzedam” ten patent przyjaciółkom.

Pierwszy wpis na blogu powinien zapewne przekazać jakąś informację o jego autorze i o tym, co chce potencjalnym czytelnikom przekazać. Dlaczego właściwie Pandora jest Pandorą? Bo kocha biżuterię pewnej firmy, która NIE sponsoruje tego blogu? 🙂 To też. Ale Pandora jest Pandorą chyba głównie dlatego, że na dnie jej puszki (która chyba w wyjściowym micie była beczką), po wypuszczeniu tych wszystkich nieszczęść, pozostaje Nadzieja. Jakaś taka głupia nadzieja, że dzięki tym, którzy się w porę opamiętają, nasz dom jednak przetrwa. Oby na tyle długo, by dało się popękane ściany naprawić i załatać dziury w dachu. Bo niestety w innym przypadku nowego domu już nie wybudujemy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *